wczoraj poszlismy na spacer. oczywiscie ZNOWU do lasu. nie starcza ze w lesie mieszkam, jeszcze trzeba jechac 30 km dalej zeby isc na spacer… do lasu. w koncu nie wytrzymalam i wywalilam menszowi kawe na lawe. ze on sobie po knajpach chodzi, po wiedniach i paryzach (co prawda sluzbowo, ale jednak) lata, a za mna na spacer do LASU, nie.
wiem, ze moze miastem chce mu sie zygac, ale jednak…. no. i w koncu zalapal i poszlismy na obiadek do ladnej knajpy w miescie:) w koncu moglam zalozyc spodniczke i szpilki i wygladac jak czlowiek a nie jak yeti:)
reakcja mensza na intensywnie wgapiajacych sie we mnie kolesi "a bo obraczki nie nosisz"
hihihi