odeszlam z pracy. i bylo mi szalenie przyjemnie, bo koledzy pozegnali mnie bardzo wylewnie. moze nie pracowalam z nimi wystarczajaco dlugo zeby mogli poznac ciemna strone mojej natury? ale nie wazne, w tej chwili dokladnie tego potrzebuje. potwierdzenia, ze nie jestem jakims potworem. bo przeciez moj monsz twierdzi ze jestem beznadziejna….
boje sie co dalej, ale z drugiej strony nie mam wyjscia. najlatwiej jest mi dzialac bedac podstawiona pod sciana. wtedy znajduje w sobie poklady energii o jakie bym sie w zyciu nie podejzewala. i odwage. by dzialac….
na pozegnanie i nowa droge kupilam sobie cos, co oslodzi mi jesienno/zimowe wieczory. bo jak tu nie siegnac po cos, co ma w skladzie: czekolade, pomarancze, biszkopty, cukier waniliowy, smietane a na sam koniec pozostawia amber, cedry, paczule i balsam dymny? jestem zapachowcem i tyle. i chyba znalazlam moje pachnidlo… wziawszy pod uwage ilu obcych ludzi mowi mi jak swietnie pachne.
ps. tak, lubie kupowac. ale do diaska, to moja kasa i wydaje ja na co mi sie podoba. o.
